Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.
Biblia

BIBLIA

Imię, które mówi, że żyjesz

Michał Misztal /Jezus.com.pl

 

"Znam twoje czyny: masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły" Ap 3,1

 

W moim życiu był moment, kilka miesięcy po nawróceniu, kiedy zachwyt Bogiem zaczął słabnąć, a żar o Boga zastępów - gasnąć. Krótko mówiąc uczuciowe uniesienie (nazywane też niekiedy "zakochaniem") mijało. Za to pojawiały się z powrotem grzechy, które były moim udziałem w przeszłości. Kiedy po wielu dniach nic nie robienia zdobyłem się na modlitwę, mówiłem do Boga, żeby skierował do mnie jakieś słowo, żeby coś do mnie powiedział, wskazał wyjście z sytuacji, żeby dał mi jakieś rozwiązanie. Pamiętam, że prosiłem Go o to na kolanach w gorącej modlitwie serca. Wtedy otworzyłem Pismo Święte i przeczytałem słowa: "Znam twoje czyny: masz imię, które mówi, że żyjesz, a jesteś umarły" (Ap 3,1). Poczułem się jakbym dostał w twarz, sam Bóg oskarżył mnie, że jestem grzesznikiem. Po tych słowach poczułem jednak jakby przypływ fali żalu za swoje grzechy i zacząłem płakać. Był to jeden z przełomowych momentów w moim życiu.

 

Teraz gdy czytam te słowa, zaczynam rozumieć więcej. Bóg po pierwsze mówi mi "Znam twoje czyny (...)" - mówi mi, że mnie widzi, że jest obok mnie, że doskonale wie co się w moim życiu dzieje, co ja ze swoim życiem robię. Wielu ludzi myśli, że Bóg nie interesuje się ich życiem, ich sprawami, codziennymi wyborami. Skąd to błędne poczucie? Dla człowieka wierzącego, który decyzję zaproszenia Boga do swojego życia ma już za sobą, wydaje się to banalnie proste - chodzi właśnie o zaproszenie Boga do swojego życia. Jeżeli człowiek tego nie zrobił, nie zaprosił Boga 'do środka', to Bóg stoi 'na zewnątrz' i ciągle tylko puka i prosi żeby Go wpuścić. Jednak dla człowieka, który nie doświadczył osobiście spotkania z Bogiem, nie jest to już takie oczywiste. Rodzi się stąd wiele błędnych przekonań i nieprawdziwych teorii na temat Boga: a to, że nie ingeruje w życie człowieka, a to, że się nim nie interesuje, a jak już to, że ciągle czegoś zakazuje, itp. Powinno to w nas, ludziach wiary, spotęgować spalający nas od środka żar odpowiedzialności za innych ludzi. Bóg nie ma w zwyczaju wyważania drzwi i ładowania się komuś do mieszkania bez zaproszenia - Bóg jest "dobrze wychowany", dlatego my mamy iść na cały świat i uczyć innych, że żeby doświadczyć Boga, należy najpierw słownie zaprosić Go do swojego życia, do swojej codzienności. Przecież Jezus nie na darmo powoływał uczniów, rozsyłał ich po dwóch, a w końcu powiedział im, żeby głosili Ewangelię "wszelkiemu stworzeniu".

 

Dalszą nauką Boga są słowa "(...) masz imię, które mówi, że żyjesz (...)". Bóg posłał swojego Syna - Jezusa Chrystusa, równego w bóstwie Ojcu - na ziemię, żeby umarł i zmartwychwstał za każdego człowieka. Każdego, choćby żyjące kilka dni dziecko, które przez naukę nazywane jest "embrionem". Za każdego w czasie, przed i po Chrystusie. Przez tę śmierć i zmartwychwstanie Jezus zrobił to o co prosił Go Bóg Ojciec - zbawił ludzi. Stąd "imię, które mówi, że żyjesz". Imię, które nas określa, które jest jakby piętnem. To piętno mówi o nas "żyjący". Co to znaczy "żyjący"? Tzn. ten, który nie jest we władzy śmierci, ten który przechodzi przez bramy śmierci i nie jest przez nie zatrzymywany, tzn. prowadzony bezpiecznie przez Jezusa do życia wiecznego. Możemy przechodzić przez bramy śmierci bez szwanku ze względu na Jezusa, On pierwszy swoją boską mocą przeszedł przez te bramy i złamał ich moc do zatrzymywania ludzi. Każdy z nas ma takie imię, "imię, które mówi, że żyjesz".

 

"(...) a jesteś umarły". No i tutaj pojawia się problem. Co to znaczy? Dlaczego jestem umarły? Jeżeli Bóg jest życiem i w Nim jest życie, to żeby żyć (w tym duchowym - co nie oznacza mniej prawdziwym! -  sensie) należy być jakoś połączonym z Bogiem. Jak można być z Bogiem połączonym? To połączenie może być tylko i wyłącznie jego dziełem, które jednak bez naszej inicjatywy nie nastąpi. To tak jakby chcieć podłączyć kablówkę. Sami sobie jej nie podłączymy. Podłącza ją jakiś 'pan od kablówki', ale wcześniej my musimy po niego zadzwonić. Jezus już nam wysłużył życie i to życie jest dla nas całkowicie dostępne, my tylko musimy przyjść do Boga i powiedzieć Mu, żeby nam tego życia dał. Tym życiem jest uwolnienie od mocy grzechu nad każdym indywidualnym życiem - moim i Twoim. Tym właśnie jest owo Zbawienie (o którym tak wiele się słyszy, a tak niewiele się wie). Nie chodzi o to, że nie będziemy popełniali już więcej grzechów, choć właśnie o to mamy się starać. Jesteśmy słabi i na pewno nieraz zdarzy się mnie i Tobie nieźle "wyryć". Jeśli jednak wierzę, że Jezus jest Synem Boga, a ustami wyznam, z jednoczesną wiarą w sercu, że Bóg wskrzesił Go z martwych, to moc grzechu pryska jak bańka mydlana. Niewidzialne łańcuchy pękają, kruszą się jakby były zrobione z tortowego wafla.

 

Najpiękniejszym przesłaniem tego króciutkiego fragmentu Apokalipsy św. Jana jest to, że Bóg się o nas troszczy. Nie chce żebyśmy żyli w grzechu, a tym samym byli oddzielonymi od Niego. Bóg skierował do mnie właśnie te słowa Apokalipsy, żeby mi coś w tamtym momencie uświadomić. Potrzebowałem Jego bliskości i On właśnie to mi dał. On wie, że tylko w Nim jest najprawdziwsze szczęście, a ja tego szczęścia w tamtym momencie potrzebowałem, tylko szukałem go gdzie indziej. Choć w pierwszym momencie ten fragment był dla mnie policzkiem, to zrozumiałem, że Bóg powiedział je do mnie z miłości i troski o mnie. Bo przecież nie chodzi o to tylko, żeby się zawsze dobrze czuć, ale żeby być zbawionym.