


Adam Dylus /Jezus.com.pl
„Wielu Żydów przybyło do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat” (J 11,19-27)
Sytuacja opisana w pierwszych zdaniach przytoczonego powyżej fragmentu ewangelicznego jest chyba doskonale znana każdemu z nas. Zapewne bowiem nie jeden raz mieliśmy okazję uczestniczyć w stypie pogrzebowej, po śmierci kogoś bliskiego. Podczas tej smutnej uroczystości, przeżywanej najczęściej w gronie rodziny i najbliższych przyjaciół, z reguły przytacza się pozytywne wspomnienia o zmarłym oraz stara przekazać wyrazy współczucia i pociechy pozostałym członkom jego najbliższej rodziny.
Nieco podobne wydarzenia rozgrywały się w Betanii prawie dwa tysiące lat temu. Z opisu Ewangelisty - św. Jana wynika, że Łazarz musiał być kimś znanym i cenionym w swoim środowisku, skoro na jego pogrzeb przybyło tak wielu Żydów.
A jednak, uroczystości „okołopogrzebowe” w małym miasteczku leżącym niecałe trzy kilometry od Jerozolimy zostały poważnie „zakłócone”.
Chociaż wokół Marty i Marii zebrało się tak wielu Żydów, bardzo szybko okazało się, że żaden z nich nie był w stanie tak naprawdę pocieszyć sióstr płaczących po śmierci brata.
A jednak... nie do końca jest to prawdą: wśród tłumu Żydów znalazł się Jeden szczególny Żyd - prawdziwy Mesjasz Izraela, który w szczególny sposób objawił chwałę Ojca niebieskiego. Jego głos dotarł do Łazarza poza granice śmierci i przywrócił mu życie (ku wielkiej radości sióstr i podziwie zgromadzonego tłumu).
Wydaje mi się, że działanie Jezusa w pewien sposób pokazuje, że potrafi On „zamknąć” różne smutne historie i dopisać do nich niespodziewane, ale pozytywne zakończenie. W tym zakresie Mistrz z Nazaretu wykracza poza typowe ludzkie wyobrażenia. Łamie stereotypy myślowe pokazując, że Bóg nigdy nie pozwala pochować (czytaj: przekreślić) człowieka (szczególnie jego marzeń, planów i wizji). W tym sensie u Boga nie ma pogrzebów. Dla Niego każdy żyje. On jest w stanie nie tylko wskrzeszać ludzi zmarłych fizycznie, ale przede wszystkim wskrzeszać ich niespełnione nadzieje i plany. On nie dopuszcza do tego, aby Jego - wspaniały i dobry plan dla każdego człowieka, miał pozostać niezrealizowany z powodu jakichkolwiek przeszkód (nawet tak wielkich i niepokonanych jak śmierć).
Być może dlatego też na wyżej wymienioną sytuację musimy spojrzeć przez pryzmat dwóch rzeczywistości.
Dzisiejsza Ewangelia stanowi swoistą przestrogę, aby w naszej „żałobie” nie ulegać wpływowi nawet największych tłumów. Nawet jeśli bowiem wielu ludzi „przyklaskuje” śmierci i celebruje jej zwycięstwo, może się okazać, że ich nastrój jest... chybiony i przedwczesny. Jest to w pewnym sensie podobne do bezkrytycznego przyjmowania diagnoz wielu lekarzy, którzy mimo całej swojej wiedzy nie są w stanie rozwiązać wszelkich problemów chorobowych (przypomina mi się w tym miejscu sytuacja kobiety cierpiącej na krwotok, która całe swe mienie wydała na lekarzy, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Kiedy jednak dotknęła płaszcza Jezusa, ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości - por. Mk 5,26-29).
Myślę, że lepiej jest zaufać Temu Jednemu, który sprawia, że ludzkie marzenia o zmartwychwstaniu w czasach ostatecznych, mogą się zmaterializować TU i TERAZ, w dodatku w różnych sferach i problemach naszej codzienności...