Chrześcijański   Portal   Ewangelizacyjny
F U N D A M E N T

Fundament :: Słowo Życia :: Poczta :: Forum :: Czat :: Telewizja

Jezus Chrystus.
Wiara.
Biblia.
Chrześcijanie.

CHRZEŚCIJANIE

Dla kogo jestem bliźnim?

ks. Krzysztof Wons SDS

 

Wokół przypowieści o Miłosiernym Samarytaninie. Medytacja zamiast dysputy.

 

Naradzaj się codziennie w stosownym czasie z dobrym Bogiem,

proś Go o oświecenie, abyś mógł spełnić Jego Najświętszą Wolę.

O. Franciszek Jordan

 

Człowiek wierzący, który stawia sobie życiowe pytania powinien szukać odpowiedzi u Boga, słuchając Jego Słowa. „Żywe bowiem jest Słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze, niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hbr 4,12). Bywa jednak, że gdy nurtują nas życiowe sprawy lub decyzje, bardziej szukamy rozmów niż wyciszenia, dyskusji zamiast modlitwy. Tymczasem są problemy, których nie rozwiążą same dysputy - „zewnętrzne roztrząsanie spraw”. Są pytania, na które odpowiedzi nosimy w sercu. Możemy je wydobyć w osobistej medytacji Bożego Słowa i z pomocą doświadczonej osoby, która pokieruje nami jak ongiś Jezus pokierował uczonym w Prawie.

Tak właśnie było z pewnym doktorem Torah. Przyszedł do Jezusa z pytaniem „Co mam czynić, by osiągnąć życie wieczne?”. Jezus spostrzegł, że nie ma w nim szczerego zainteresowania odpowiedzią, ale że bardziej szuka rozmowy i swoich racji niż prawdy. Nie odrzuca go jednak, lecz pomaga mu odzyskać postawę szczerości. Nie podejmuje dyskusji, ale odsyła go do Prawa Bożego i każe się zastanowić: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?

Uczony zmienił postawę. Przyjął pytanie Jezusa. Zaczął szukać odpowiedzi w Prawie. Znalazł ją łatwo. Nierzadko jednak otrzymane odpowiedzi rodzą w człowieku kolejne, jeszcze trudniejsze pytania. To znak, że człowiek nie pozostaje na powierzchni pozornych poszukiwań, ale że zaczyna szukać głębiej. W takich poszukiwaniach trzeba często odwagi, by nie ulec lękowi przed kolejnymi, wymagającymi pytaniami. Odpowiadając na pytanie Jezusa, powiedział to, co jako ekspert żydowskiej legislacji doskonale wiedział: kluczem do życia wiecznego jest przykazanie miłości Boga i bliźniego. Biegły w Torah zadał Jezusowi kolejne pytanie: Kto jest moim bliźnim? Nawet jeśli postawił je „aby się usprawiedliwić”, doprowadził nim do wymagającej konfrontacji swego życia z prawdą. Postawione pytanie było czymś więcej niż tylko dylematem egzegetycznym. Jezus jak najlepszy pedagog pomaga pytającemu nie tylko w odnalezieniu odpowiedzi, ale również podprowadza go delikatnie do zrozumienia i przyjęcia trudnej prawdy.

 

Gdy obcy człowiek jest w potrzebie...

 

„Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców”. Sytuacja przytoczona przez Jezusa nie była wyjątkową, lecz spotykana niemal codziennie. Droga, którą szedł ów człowiek była częścią realiów każdego dnia. Trakt w Palestynie mocno uczęszczany ze względu na handel, aczkolwiek niebezpieczny, bo pełen zagłębień skalnych i grot. Stanowił rodzaj wąwozu, z którego nikt nie mógł zejść na lewo ani na prawo. Królestwo dla rabusiów czekających cierpliwie na kupców udających się na zakupy do dużych miast lub wracających z towarem. Człowiek leżący na drodze na wpół umarły, to jeden z wielu nie dających się policzyć tragicznych wypadków. Przechodzeń, który często jest ich świadkiem, może przestać reagować nawet tak okrutne widoki. Pobity człowiek może być potraktowany jak jeden z wielu nieszczęśliwych przypadków, z którymi trzeba się pogodzić, bo... „takie już jest życie”.

Jezus przytacza tę historię, aby dać uczonemu w Piśmie okazje do odpowiedzi na pytanie: „Kto jest moim bliźnim?”. Ogólnie rzecz biorąc jest to pytanie, które nie stwarza ekspertowi Starego Prawa wielkich trudności. Odpowiedź sama ciśnie się na usta. Nie ulega wątpliwości, że ten kto przechodzi obojętnie obok potrzebującego, staje się odpowiedzialny za brak udzielonej pomocy. Ten zaś, kto udziela mu pomocy okazuje się prawdziwym bliźnim. Tyle tylko, że Jezus „skomplikował” problem do rozwiązania, ponieważ nie powiedział kim jest ów nieszczęśnik leżący na drodze. Człowiek obdarty z szat i pobity był nie do rozpoznania: ani jego pochodzenie, ani jego przynależność klasowa czy religijna. Tymczasem dla żydowskiego eksperta od Torah, który ma odpowiedzieć na pytanie kto jest moim bliźnim?, nie jest bez znaczenia wiedzieć dokładnie kim jest pokrzywdzony: czy był to poganin czy współwyznawca?, rodak czy obcokrajowiec?.... bliski czy daleki?

Już w pierwszych słowach przypowieści: „pewien człowiek”, Jezus wskazuje na fundamentalną zasadę, którą powinien kierować się każdy chrześcijanin, wolny od mentalności Starego Prawa: Nie ważne jest ani pochodzenie, ani światopogląd, ani jakiekolwiek inne kryterium „opiniotwórcze”. Powód absolutnie wystarczający, by pomóc człowiekowi jest jeden: człowiek znajduje się w potrzebie. To jest punkt wyjścia całej przypowieści odpowiadającej na pytanie o bliźniego. Jezus nie chce mówić o żadnych szczegółach dotyczących „biogramu” nieszczęśnika. Świadomie omija wszelkie dane, poza jednym, a mianowicie, że człowiek ten jest w potrzebie i że nie ma takich racji i powodów, dla których można by w takiej chwili pozostawić go samego. Jakiekolwiek dywagacje winny pozostać na boku. Wszelkie „ale” wobec sytuacji ludzkiej potrzeby są nieusprawiedliwione, ponieważ każda forma ludzkiej nędzy dotyka bezpośrednio samej godności człowieka. Bóg w Starym Testamencie bardzo często objawia się jako obrońca potrzebujących.

 

Miłość silniejsza od uprzedzeń i układów

 

Trzeba najpierw zwrócić uwagę na fakt, że Jezus w opowiadaniu konsekwentnie zmierza do stwierdzenia, iż pomoc i wspólnota z potrzebującym możliwe są w każdej sytuacji i we wszelkich układach międzyludzkich. Jezus niejako sam cierpliwie i z wiarą czeka przy leżącym na ulicy człowieku, aż nadejdzie ktoś kto się nim zajmie. Pomoc nadchodzi ze strony po ludzku najmniej spodziewanej. Nadchodzi od osoby zupełnie obcej i zdyskredytowanej uprzedzeniami opinii ludzkiej, uważanej za heretyka i odczepieńca.

W ten sposób Jezus idzie pod prąd wszelkim uprzedzeniom i pesymizmowi, wywołujących klimat „bezradnego rozkładania rąk” i przekonania, że „w tym układzie nie da się nic zrobić”. Ewangelia nie ma ani jednego zdania, które głosiłoby fatalizm i pesymizm. Jezus, nawet gdy na Jego drodze pojawia się krzyż, jest zawsze tym który leczy, uwalnia, buduje i zbawia. Choć, jak sam przyznaje, ubodzy zawszę będą wśród nas, nigdy nie rezygnuje z ratowania człowieka. Ratuje go aż do skonania na krzyżu, jak było w przypadku łotra.

Ranny z przypowieści Jezusa pozostaje bez możliwości głosu Jest typowym przykładem człowieka dotkniętego nędzą do granic, gdyż nie może się nawet wypowiedzieć; jest pozbawiony głosu. To największa bieda potrzebującego, która nieraz bywa nieludzko wykorzystywana. Ci co nie mogą zabrać głosu pozostają bez obrony. Ci, co mają głos nieraz wykorzystują go przeciw bezbronnym. Zamiast zwracać uwagę na ich potrzeby i nazwać je po imieniu, odwołują się do zasad sprawiedliwości, do powodów dla których słusznie cierpią. Innym razem skupiają się na szukaniu osób odpowiedzialnych za nieszczęście potrzebującego. Zastanawiają się „jak mogło dojść do takiego nieszczęścia”, wypowiadają sądy sprawiedliwości zamiast szukać konkretnych sposobów pomocy człowiekowi, który cierpi na ich oczach. Tymczasem Jezus skupia uwagę uczonego nie na szukaniu winnych, nie na zasadach sprawiedliwości, ale na konkretnych czynach miłości. Chce ustrzec eksperta w Prawie przed zatrzymywaniem się nad egzegetycznym roztrząsaniu problemu,

na czczych słowach czy spiritualizowaniu ludzkich potrzeb.

 

Postawy negatywne: zobaczyli i przeszli „na drugą stronę”

 

Jezus przytacza najpierw dwa przykłady postaw negatywnych. Warto się przy nich na moment zatrzymać, by zrozumieć dlaczego przechodzący obok odmawiają pomocy człowiekowi w potrzebie. Dlaczego sytuacja pokrzywdzonego nie stała się okazją do nawiązania z nim więzi i wspólnoty, ale przeciwnie, ujawniła przepastny brak wrażliwości? Kim są przechodzący obok? Ludzie z kręgu „religijnych”, więcej, sprawujący funkcje kapłańskie i liturgiczne w świątyni. Już przez sam fakt przynależenia do stanu kapłańskiego powinni udzielić pomocy. Tymczasem dzieje się inaczej. Mijają go. Przywołując dokładny sens wyrażenia użytego w Ewangelii dowiadujemy się, że gdy zobaczyli potrzebującego „przeszli na drugą stronę drogi”. Uniknęli spotkania z problemem „twarzą w twarz”.

Jezus nie osądza niewrażliwych przechodniów, nie mówi, że są bez serca. Nie wiadomo czy ich wina jest w pełni osobista, czy też, nie wiedząc o tym, stali się ofiarami kolektywnego błędu: przekonania o prymacie litery prawa, które Jezus niejednokrotnie gwałtownie piętnował. Z pewnością mieli swoje „święte” powody, dla których odmówili pomocy. Kapłan prawdopodobnie chciał ustrzec się przed legalną nieczystością. Kontakt z rannym uniemożliwiał bowiem sprawowanie funkcji kapłańskich zanim nie dokonałby przepisanego obmycia z powodu zaciągniętej nieczystości. Musiał wybrać między prawem legalistycznej czystości a prawem miłości... Po nim przechodzi drogą lewita. Lewita to człowiek usługujący kapłanowi, niższy rangą w służbie świątynnej. Prawdopodobnie nie podlegał prawom obowiązującym kapłana. Jest jednak typowym przykładem człowieka, który idzie za głosem „góry”. W tym przypadku identyfikuje się z klasą kapłańską.

Krótko mówiąc kapłan i lewita przechodzą „na drugą stronę” dając tym samym do zrozumienia, że ten problem ich nie dotyczy. W postawie dwóch przechodniów uwidacznia się drastyczna sprzeczność między najświętszą teorią Prawa, którą znają i głoszą a postawą życia. Najświętsza litera prawa zderza się z ich zachowaniem, które zupełnie odbiega od Prawa. W ich zachowaniu nie chodzi o tchórzostwo, czy wahanie się. Takie reakcje mogą się przydarzyć każdemu z nas, gdy nagle stoimy przed dylematem pomocy człowiekowi leżącemu na ulicy. Problem jest o wiele głębszy. Chodzi o postawę usprawiedliwiania siebie w imię przekonań budowanych na jakiś „prawnych” czy „teologicznych” racjach. To w imię samego Prawa, tak sądzą owi dwaj, należy zostawić na drodze umierającego. Sytuacja, która wcale nie jest rzadka w naszej obecnej rzeczywistości. Czy nie powinno się zostawić w spokoju umierających i nie przedłużać na próżno walki o ich życie? Czy nie jest dla nich lepsze umrzeć? Lub stwierdzenie, które powołuje się na Najwyższego: „Bóg go skarał”, czy teoria bliższa chrześcijańskim środowiskom: Jezus obiecał, że płaczący, pokrzywdzeni będą kiedyś za to błogosławieni... Dzisiejsza mentalność ulegająca tzw. kolektywnemu myśleniu może dosyć łatwo doprowadzić do sytuacji, w której „dobry chrześcijanin” będzie, w dobrej wierze, stawał po stronie układów, systemów, które zamiast pomagać uciskają najsłabszych, zamiast wprowadzać Boże Prawo w życie, uchylają je. Żadna jednak z podobnych sytuacji nie może być usprawiedliwiona. To nie systemy, zwyczaje czy układy są grzeszne, lecz człowiek. Wszelkie struktury błędnego myślenia przekształcane w pisane i niepisane prawa zależą ostatecznie od odpowiedzialnych postaw poszczególnych ludzi. Człowiek może i powinien demaskować i zmieniać błędne myślenie. Stąd Ewangelia podkreśla osobistą odpowiedzialność chrześcijanina za poranionych, których spotyka na drodze swego życia. Boży nakaz jest jednoznaczny: „U ciebie nie powinno być potrzebującego...” (Pwt 15, 4).

 

Postawa pozytywna: zobaczył, wzruszył się głęboko i podszedł...

 

Kapłan i lewita uchylili się od odpowiedzialności. Skoro, ludzie którzy powinni świecić przykładem postąpili w ten sposób, to nie wiele brakuje, aby ulec jeszcze innej pokusie: usprawiedliwienia również siebie samego. Nierzadka to tendencja: szukanie alibi i „wzorów” w przykładach negatywnych zwłaszcza jeśli pochodzą od tych co dają przykład „z góry”. Tymczasem Jezus pokazuje przykłady złych zachowań w zupełnie innym celu. Chce podkreślić, że nie są niczym usprawiedliwione. Negatywny przykład ich postawy staje się wręcz jaskrawy w zestawieniu z postawą trzeciego bohatera przypowieści, Samarytanina. Ten ostatni, któremu poświęcimy za chwilę więcej uwagi, staje się sumieniem dla mającego wydać opinię uczonego. Jezus zadaje uczonemu pytanie: „Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”. Uczony wyczuwa, że pytanie jest retoryczne i że choć kapłan i lewita przedstawiali dla niego jako Żyda wielki autorytet, nie mógł uznać ich postawy za dobrą. Co więcej musi przyznać, że nie okazali się bliźnimi. Przesłanie Jezusa jest wyraziste i mocne: Nie wolno wzorować się na kapłanie i lewicie, ale na Samarytanie i czynić podobnie jak on uczynił nieszczęsnemu bratu. Trzeba więc zwrócić uwagę na trzeciego przechodnia. ...Oto do rannego na ulicy zbliża się Samarytanin...

Jezus opowiada teraz o człowieku, który staje się szokującą wręcz antytezą na wcześniejsze postawy. Jego zachowanie wobec pokrzywdzonego przekracza wszelkie „święte granice” zasad w budowaniu relacji międzyludzkich. Jest także przepięknym przykładem zawiązującej się stopniowo pośród obcych sobie ludzi, wspólnoty serca, uczuć i myśli. Dzisiaj po tylu wiekach nie jesteśmy w stanie uzmysłowić sobie nienawiść jaka istniała między Żydami i Samarytanami, którzy związali się politycznie z Syryjczykami, aby zniszczyć święte miasto, Jerozolimę. Czego dobrego można się jeszcze spodziewać od takich ludzi -znienawidzonych i odepchniętych, apostatów prawdziwej religii. Tymczasem Jezus właśnie Samarytanina przedstawia jako przykład żywej Litery Bożego Prawa. On kocha poranionego bliźniego jak siebie samego. Aby ratować życie umierającego, użycza mu ze swego wszystko co ma najlepszego.

Jest w postawie Samarytanina jaskrawe przeciwieństwo do postawy zbójców i obojętnych przechodniów. Postawa krzywdy i niewrażliwości zostaje wyparta przez postawę dobroci i miłosierdzia. Zbójcy zdzierają z człowieka szaty i zadają mu rany, Samarytanin ofiaruje siebie i opatruje rany. Zbójcy zabijają, Samarytanin ratuje życie oczyszczając rany winem i łagodząc ból oliwą. Ludzie świątyni zobaczywszy leżącego na ulicy przeszli na drugą stronę, Samarytanin widząc pokrzywdzonego wzruszył się głęboko, podszedł do niego i zajął się nim.

Co było decydujące dla nawiązania kontaktu z pokrzywdzonym? Otóż Jezus podkreśla, że i kapłan i lewita i Samarytanin zobaczyli potrzebującego pomocy. Dodaje jednak, że Samarytanin nie tylko zobaczył, ale wzruszył się głęboko i podszedł do umierającego. Być może tego zachowania zabrakło poprzednim i dlatego pozostali skupieni na literze prawa zamiast na człowieku. Samarytanin podszedł do człowieka ponieważ wzruszył się głęboko, to znaczy dał się przeniknąć przez jego ból i biedę. Podszedł to znaczy stał się mu bliski. Wówczas nawiązuje się między nimi i pogłębia wspólnota. Symbolicznym tego wyrazem jest opatrywanie poranionego winem i oliwą.

Wino i oliwa są nie tylko środkiem leczącym i kojącym rany. W Biblii są symbolem radości i obfitości. Jezus podkreśla, że Samarytanin daje ze swego to co najlepsze. Daje z obfitości serca. Nie poprzestaje na tym co jedynie konieczne, nie daje „dla spokoju sumienia” czy z obowiązku. Daje w obfitości. Pokazuje to na zewnątrz zwłaszcza w momencie, gdy wsadza go na swoje bydlę, zawozi do gospody i pielęgnuje. Obraz Samarytanina idącego obok bydlęcia, na którym siedzi pokrzywdzony, był dla Żydów jednoznaczny i bardzo mocny. Na zwierzęciu mógł jechać tylko pan. Sługa szedł zawsze obok. Postawa miłości bliźniego domaga się często pokory, rezygnacji z siebie i własnych przywilejów, z własnych dóbr i czasu. Co więcej, oznacza nieraz ryzykowanie utraty

dobrej reputacji i stania się ofiarą fałszywych pomówień. Samarytanin nielubiany cudzoziemiec, mógł być nawet posądzony przez gospodarza, że to on jest sprawcą pobicia. Następnego dnia zostawia gospodarzowi pieniądze wyjęte z własnej kieszeni i każe opiekować się chorym: „Miej o nim staranie”. W ten sposób zwycięża dobry przykład, a wspólnota braterskiej miłości zaczyna się poszerzać. Dobroć rodzi dobroć. Powierzając innemu opiekę nad rannym nie zwalnia się z osobistej za niego odpowiedzialności: „jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie gdy będę wracał”. Miłość braterską cechuje odpowiedzialność za drugiego do końca.

Wino i oliwa są darami, które zwykle używa się w ofierze składanej Bogu w świątyni. W ten sposób w postawie Samarytanina spełnia się życzenie Boga, które wypowiedział Ozeasz: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary...” (6,6). Gest Samarytanina jest sprzeciwem wobec wszelkich postaw, w których ujawnia się duchowo - moralna schizofrenia. Nieraz w zewnętrznym kulcie składanym Bogu wyrażamy to czego nie potrafimy później wyrazić życiem. A przecież miłować Boga i miłować bliźniego jak siebie samego „daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary”.

 

To co wydaje się niezwykłe w owym człowieku z Samarii przedstawionym przez Jezusa to fakt, że jest on postacią zupełnie zwyczajną. Nie jest ani znanym aktywistą religijnym czy społecznym, ani nie przynależy do jakiejś znanej wspólnoty czy organizacji dobroczynnej. Celem jego podróży nie była pomoc charytatywna. Był w podróży w własnych interesach. Przesłanie Jezusa jest jednoznaczne. Ewangeliczne wezwanie do postawy braterskiej miłości odnosi się do wszystkich - najbardziej zwykłych ludzi. I nie jest to wezwanie do słownych deklaracji, do zastanawiania się nad określeniem definicji „bliźniego” lecz do bezpośrednich i konkretnych czynów miłości.

Czas na odpowiedź...

Człowiek sam musi odpowiedzieć sobie na pytanie: ”Kto jest moim bliźnim?. Co więcej, Jezus kończąc przypowieść sam osobiście wraca do pytania, które na początku zadał mu doktor Torah. Tyle tylko, że zmienia w sposób istotny jego brzmienie. Zmienia punkt ciężkości pytania! Już nie brzmi ono: „Kto jest moim bliźnim? ale „Dla kogo jestem bliźnim?”. W pytaniu Jezusa punkt ciężkości położony zostaje na podmiot, a nie na przedmiot miłości. Jezus nie pyta o „innych”, pyta o nasze życie we wspólnocie z innymi. Stanowcze i silne jest ostatnie zdanie Jezusa. „Idź, i ty czyń podobnie”. Jezus nie chce, by medytujący nad Jego opowiadaniem uznał przypowieść za „piękną lecz nierealną”, a Samarytanina za idealistę, którego spotkać można jednego na tysiąc. Jezus nie marzy. On poleca: „Idź i ty czyń podobnie”.

 

 

„Dla kogo jestem bliźnim?” Czas na medytację i odpowiedź. Nie należy jednak się spieszyć. Trzeba „pochodzić” z tym pytaniem. Pomoże nam popatrzeć na nasze więzi z ludźmi. Pomoże odkryć nasze dojrzałe i niedojrzałe relacje we wspólnotach codziennego życia. Przypowieść Jezusa idzie razem z nami w życie. Niech nam pomaga, a jeśli trzeba także niepokoi - zwłaszcza ostatnie zdanie kierowane do każdego z nas osobiście: Idź, i ty czyń podobnie.

Chrześcijanie