


Adrian Wawrzyczek
„Jestem odważny! Kogo miałbym się lękać? Będę walczył dzielnie! Obronię zaatakowaną staruszkę, przejdę nad przerażającą przepaścią, wrogów nie boję się wcale, zmiotę smoka z powierzchni ziemi. Jestem odważny! Przed kim miałbym czuć trwogę?” - z tego „odważnego” zamyślenia wybudził mnie dopiero budzik, po raz trzeci już dziś przypominający, że areną bohaterskich bitew nie jest łóżko...
Sprawa naszej odwagi znacząco komplikuje się, kiedy trzeba wyjść poza ciepłe „gniazdko” mózgu, w którym kłębią się najbardziej „mocarne” myśli, często nie mające jednak nic wspólnego z rzeczywistością. Gdy potrzeba odrzucić kołdrę wygody i wstać, by zmierzyć się z wymogami kolejnego dnia, odwaga ulatuje tak szybko, że trudno nawet sobie o niej przypomnieć.
Już nie jestem odważny. Wiem doskonale, że staruszka obroni się sama, bo skoro tyle lat już przeżyła, to pewnie zaprawiona w bojach... Marsowa mina żony staje się przepaścią nie do przebycia, a szef w pracy po raz kolejny, ma dzisiaj zdecydowanie jeszcze bardziej łypiące na mnie ślipia niż zwykle, gotowy by mnie pożreć. W jednej minucie z bohatera zbawiającego świat, staję się tchórzem, bojącym się własnego cienia.
Czy nie wydaje Ci się to znajome? Pociąga nas niezwykła przygoda, fascynują bohaterskie czyny, czujemy w sercu tęsknotę za mężną walką ze złem, a wszystko to kończy się... ciągłym narzekaniem na swój los i odgrywaniem roli ofiary. Tęsknimy za wielkimi przeżyciami podczas decydujących o losach świata walk, a na „domowym” froncie spieprzamy, gdzie pieprz rośnie, przed najmniejszymi trudnościami.
Tymczasem nasza codzienna, życiowa bitwa nie toczy się na zakurzonych ulicach Bagdadu, lecz rozgrywa się w łazience, gdzie przebywa obecnie wkurzona żona; miejscu pracy, gdzie znajduje się właśnie szef - gotowy, by wytknąć nam nawet najmniejsze błędy. Już prawie czujemy w dłoniach ciężar karabinu, gotowego spacyfikować terrorystów, lecz o postaraniu się o rozchmurzenie twarzy małżonki lub otwartej rozmowie z pracodawcą, boimy się nawet pomyśleć. Zbyt często uciekamy od zwykłych codziennych sytuacji, uciekając w nierealny i niepotrzebny heroizm.
Na szczęście z tego snu o Supermanie z nami w roli głównej, budzi nas co jakiś czas wołanie Boga, zachęcające do wzięcia udziału w bitwie naszej codzienności. Czasem może to być zachęta do wspólnego wyjścia do kina w gronie rodzinnym, na romantyczny spacer we dwoje, do rozpoczęcia trudnej rozmowy, kiedy indziej do spojrzenia na zwierzchników, jak na zatroskanych ludzi, również borykających się z różnymi kłopotami. Zawsze jednak jest to namowa do wyjścia poza strefę swojego komfortu i zrobienia pierwszego kroku w kierunku dobra. Potem idzie już dużo łatwiej.
Te ciche podszepty Ducha Świętego często rodzą się w naszym sercu, ale by je usłyszeć trzeba... słuchać swojego serca. Tak jak rankiem pobudkę można oddalić nałożeniem kilku poduszek na głowę, po raz dziesiąty przestawieniem budzika (lub komórki), by dzwonił „za 5 minut”, albo nawet rozbiciem go, tak samo można zagłuszyć serce, oddalając od siebie kolejne „Boże” podpowiedzi. Można to robić tak długo, aż w końcu zupełnie znikną, w gęstwinie naszego lęku i fikcyjnych walk... A my będąc w wieku emerytalnym nadal będziemy stać przed lustrem i marzyć o pelerynie Supermana, nie dostrzegając w tej szklanej tafli smutnego odbicia schorowanej towarzyszki życia...
Warto słuchać swojego serca i odkryć ukryte w nim Bożego nawoływania. Wsłuchując się coraz bardziej w Jego głos, nie będziemy potrzebować już rozmyślania nad nierealnymi pojedynkami, bo zwykła codzienność stanie się dla nas areną najciekawszych zdarzeń i walk. Słuchać, wstać i walczyć, zaczynając zbawiać świat od siebie i własnego „podwórka”, a Bóg wyposaży nas w potrzebną do tego odwagę i wszelkie przydatne ku temu łaski. „Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia” (2 Tm 1,7).