


Agata Zaranek
Dusza nie wygląda jak motyl – bezmyślny, lekki, mały. Nie wygląda też jak mały listek...
Dusza nie wygląda jak motyl - bezmyślny, lekki, mały. Nie wygląda też jak mały listek...
To pytanie towarzyszyło mi właściwie przez całe wakacje. No, bo jak może wyglądać dusza - coś, co wiem, że jest integralną częścią mojego człowieczeństwa... Bardzo długo starałam się stworzyć swój własny obraz duszy - nie patrząc na teorie filozofów, uczonych i autorytetów. Po etapie, kiedy widziałam ją jako motylka czy zielony listek, jako niebo, jako coś, co właściwie nie wiadomo, jak postrzegać, stworzyłam sobie pewien jej obraz. Chciałabym wynik moich rozważań przedstawić w bardziej plastycznej formie, ale niestety na zdolnościach manualnych mi nie zbywa, więc spróbuję opisać wynik moich rozważań jak najbardziej obrazowo...
Dusza nie wygląda jak motyl - bezmyślny, lekki, mały. Nie wygląda też jak mały listek... Najbardziej przypomina mi obraz nieba - lekki i nieskończony, niebieski. Nie tylko jako błękit, który mam na co dzień nad głową, ale też jako nazwa miejsca, czy stanu (to już należy bardziej do rozważań teologicznych), który dusza pamięta i przeczuwa, stan, do którego dąży. Można ją zranić w momencie, kiedy odsuwam się od jej celu - kiedy grzeszę. Wtedy to „niebo we mnie” nie jest słoneczne ani spokojne, wtedy ono krzyczy. Dlatego też nie wyobrażam sobie tego, co we mnie niewidzialne wyłącznie jako błękit i chmurki - w ten błękit wpisany jest głęboko i nieodwracalnie krzyż. On sprawia, że nawet poorane błyskawicami niebo na nowo się uspokaja, on leczy, w nim mogę się schronić przed moimi grzechami. Nie muszę już umierać, bo Ktoś zrobił to za mnie - nawet w momentach, gdy rozumowo nie mogę tego pojąć, kiedy braknie wiary, krzyż wpisany w duszę - tak bardzo głęboko – nie pozwala upaść, dusza po prostu wie.
Rany, jakie zostały jej zadane przez mój własny grzech nie znikają pod wpływem przebaczenia płynącego z krzyża. Nie znikają, ale rozświetlają się - są jak blizny, które nie bolą, ale są śladem bólu - dlatego niebo we mnie pokryte jest jakby złotymi nitkami.
Zastanawiałam się taż nad umiejscowieniem duszy w moim ciele - czy jest w okolicach serca? Tak by chyba było najłatwiej to sobie wyobrazić... Ale nie, moja dusza wypełnia każdy cal mojego ciała - wszystko, nad czym mogę zapanować moją wolą. Bo jeśli coś robię – wkładam w to cząstkę siebie, kawałek mojego nieba (które w tym wypadku jest bardzo podzielne - nie jest może samą duszą, ale jakby jej wspomnieniem, wrażeniem). Tak więc, jeśli rozmawiam z kimś za pomocą ust, oczu, krtani, języka, strun głosowych - we wszystkich tych moich narządach jest moja dusza, która zostawia swój ślad w duszy osoby, z którą rozmawiam. I tak samo wrażenia dusz ludzi, którzy mają na mnie jakiś wpływ, zostają w „moim wewnętrznym niebie” - można wtedy porównać je do chmur, które są przecież różne - tak, jak różna jest rola poszczególnych osób w moim życiu.
Myślę, że duszy człowieka nigdy nie można poznać do końca - to jest przywilej wyłącznie Boga - Stwórcy. Można natomiast zobaczyć jej kawałek, poznać częściowo. Myślę, że przysłowie „oczy są zwierciadłem duszy” jest bardzo trafne. Najprędzej poznajemy człowieka patrząc w jego oczy - nie na jego czyny, tylko w oczy właśnie. Nawet ktoś, kto perfekcyjnie panuje nad swoją twarzą, nie jest w stanie kontrolować tego, co pokazują jego oczy.
Kiedy więc słyszę, że w moich oczach widać niebo, nie mam wątpliwości, że ujawnia się dusza...