


Anna Sitarska /Jezus.com.pl
Tak mówił Jezus, odnosząc te słowa do ludzi i ich czynów. Dziś chcę je odnieść do czasu, w którym trwamy - do okresu wielkanocnego. Jakie owoce pozostały w naszych sercach po Świętach Zmartwychwstania Pańskiego?
Już prawie nikt nie słyszy tych specyficznych dźwięków kołatek, z którymi ministranci maszerowali dookoła kościołów podczas Triduum Paschalnego... Pewnie rozmyło się już wspomnienie Wielkoczwartkowej liturgii, gdzie być może dotknęło Cię posmakowanie doświadczenia prawdziwej uczty... Miało prawo się rozmyć. Emocje też pewnie uciekły. I dobrze! Tak właśnie chyba powinno być, że emocje się w nas roztapiają powoli. Bracie i Siostro! I we mnie już się uspokoiły te iskry tańczące w oczach na widok Eucharystycznego Pana. Ślinę łatwiej mi się już przełyka przez zupełnie rozluźnione gardło. I myśli krążą wokół mnóstwa codziennych spraw. Znasz to? Myśli o domu, szkole, studiach, pracy... o zadaniach w najbliższym czasie, jakichś obowiązkach, może spotkaniach towarzyskich... Może cieszysz się żyjąc, a może wypłakujesz oczy z tęsknoty za czymś, za kimś... i święta wydają się tak nie na miejscu, zupełnie nie pasujące do odcieni rzeczywistości. Tak jakbyśmy byli wewnętrznie i zewnętrznie podzieleni. Czas świąt, jakichkolwiek, to gorączkowe przygotowania, troska o jakieś miłe drobiazgi dla bliskich, potem już dłuższe spanie, tradycyjne wizyty w kościele, jedzenie... taki klimacik sobie tworzymy, a potem wracamy do pracy... zmęczeni i bez zapału.
Zauważyłam to w sobie, jakiś czas temu, i zaryzykuję stwierdzenie o powszechności tego zjawiska. A zatem, uwaga! Im gorszy urlop, tym fatalniejszy powrót do pracy - im lepiej wykorzystany czas wolny, tym radośniejsze spełnianie obowiązków. Niby to oczywiste.
A spójrzmy teraz na to przeczucie przez pryzmat przeżywania świąt...
I ja wróciłam na studia niechętnie... Mogłabym się sama przed sobą usprawiedliwiać, że tak dobrze było w domu, w gronie poszerzającej się wciąż rodziny i usprawiedliwiać się w eleganckich zdaniach, że te święta tak rozleniwiają. A jednak coś sercu nie daje spokoju... i to pytanie krąży od czasu do czasu: czemu tak niechętnie podejmuję pewne obowiązki? Czy wizja powtórnego przyjścia Jezusa nie powinna codziennie mnie mobilizować? Może to znasz...
W poranek niedzielny wstawałam ochoczo, zastanawiając się, o której godzinie Jezus zmartwychwstał. Czy nie zmartwychwstał poza czasem... I śpiewało się radośnie, i skakało się dziewczęco i szaleńczo, i prosiło się: „Przyjdź Panie, Przyjdź Twoje Królestwo!” A teraz? Czy nie można by każdego dnia tak wstawać? Z radością i oczekiwaniem na powtórne przyjście Pana? Czy każdego dnia nie można by rozpoczynać Eucharystią, wspólnym posiłkiem z rodziną? Wydaje się, że podczas świąt żyjemy inaczej, a na co dzień inaczej...
A czy chrześcijanin nie jest chrześcijaninem 24 godziny na dobę, 365 dni w roku, podczas świąt i bez nich?
Teraz, w codzienności, zbieramy owoce naszego przeżywania Paschy, naszego doświadczenia Jezusa Zmartwychwstałego. I choć emocje opadają, to są czasem dobrą bazą do budowania radości i ufności. Są sygnałem naszej wewnętrznej temperatury.
Zapytasz jak połączyć przeżywanie radości świąt ze zmaganiem się w zwykłym czasie roku? Nie wiem. Nie odpowiem. Ja też poszukuję wciąż tej odpowiedzi. I ja dążę razem z Tobą do takiej harmonii. Do autentyczności. Proszę Ducha, by tą wielkanocną radość przemienił w moim sercu na radość codzienności i chęć pokonywania trudów. Proszę o wewnętrzną akceptację trosk, o pragnienie trwania przy Panu podczas każdej Mszy Świętej. Jeśli z pokorą nie zobaczę teraz swojego stanu duchowego, to jak mam chcieć coś zmieniać?
Chrystus zmartwychwstał i pobudza Twoje serce do takiego powstawania codziennie. On przetarł najtrudniejszy na świecie szlak. On pokazał jak i którędy. On ociera twarz, podtrzymuje, pomaga powstawać. Nawet, jeśli nie widzisz i nie czujesz! On JEST. Żyje. I Tobie chce dać życie na wieki.