


Adrian Wawrzyczek
„Nigdy nie byliśmy sami. Były i są wśród nas Anioły. Kiedy się nad tym zastanowię, pewne twarze oraz imiona przychodzą mi na myśl”.*
Stojąc nad grobami najbliższych podczas Święta Wszystkich Świętych często wylewamy łzy, przypominamy sobie wspólne chwile z udziałem tych, co już odeszli i żałujemy, że takich chwil nie będzie już więcej podczas naszej ziemskiej wędrówki. Twarze najbliższych członków rodziny, przyjaciół, znajomych czy idoli przemykają przez nasze umysły z większą intensywnością niż zazwyczaj się to dzieje w czasie codziennej, życiowej gonitwy, przypominając nam o „trudnej” pustce w sercu, którą wytworzyło ich odejście z naszego życia.
1 listopada każdego roku, podczas tradycyjnej wędrówki do grobów bliskich i skarbnicy własnych wspomnień, łapię się na tym, że zawsze towarzyszy mi poczucie namacalnej metafizyki. I to wcale nie dlatego, że perspektywa mojej śmierci staje się w tym dniu jakby bliższa i bardziej wyraźna. Płomienie zniczy, zapachy nagrobnych wieńców, łzy na policzkach żałobników wywołują we mnie jednocześnie poczucie udziału w jakimś pięknym, tajemniczym misterium, a z drugiej strony także przekonują mnie dobitnie, że życie konkretnego człowieka nie jest jedynie tym wszystkim, co zapisuje się pomiędzy jego pierwszym i ostatnim oddechem. Ciężko mi dokładnie opisać to dziwne uczucie i to, co w sobie zawiera. Z pomocą w tej sprawie pośpieszył mi jednak następujący wpis na blogu pana Jacka Dudzica, autora książek chrześcijańskich i wykładowcy, poświęcającego się od lat dziełu Nowej Ewangelizacji: „Ludzie, których znałem. Ludzie, o których słyszałem. Ludzie, którzy jak ja, przyszli na świat nie wybierając sobie miejsca ani czasu. Byli częścią mojej rodziny lub wywarli na nią wpływ. Przeszli przez swoje miejsce i czas w sposób na pozór niezauważalny. Ich fotografie i listy może obróciły się już w proch. Ale coś mi mówi, że jestem tu i teraz dzięki nim. Dzięki paciorkom wytartego różańca, uśmiechom i ciepłym spojrzeniom. Dzięki czemuś, co podtrzymało ogień. Anioły, które już odeszły, pomagają mi odnaleźć sens tam, gdzie go już zabrakło. Często jedynym owocem ich krótkiego czy długiego życia, są okruchy wspomnień, których dzisiaj ja mogę się trzymać. Kiedy w moim życiu zapada ciemność, dorzucam je do duchowego kominka. I grzeję ręce”.**
Te słowa to chyba najlepsze wyrażenie tego, co kotłuje się w moim sercu podczas cichego zamyślenia nad mogiłami najbliższych. Bóg posyła nam nie tylko te anioły, które jako istoty czysto duchowe są Jego niebańskimi wysłannikami, naszymi stróżami. Trochę anielskości wprowadza także w serca ludzi, których spotykamy podczas całego naszego życia. Dzięki takim ludziom łatwiej znaleźć sens życia, gdy go zaczyna coraz bardziej brakować. Łatwiej rozświetlić zaciemnione serca. To dzięki takim „Aniołom” mogłem wypełniać swoje życiowe role. W czasie tegorocznej modlitewnej zadumy podczas Święta Zmarłych zacznę więc od wdzięczności wyrażonej tym „Aniołom”, które pojawiając się w moim życiu ukształtowały mnie, a także pozwalały się ogrzać i podtrzymać ogień mojej wiary za każdym razem, gdy w mym życiu robiło się chłodniej. Jednocześnie poproszę Boga, bym też potrafił być dla kogoś „Aniołem” odganiającym życiowy chłód... Namacalna metafizyka - bowiem Królestwo Boże zaczyna się już na Ziemi, w naszych sercach... A za co Ty chcesz podziękować swoim Zmarłym „Aniołom”?
* („Anioły są wśród nas”, Blog Jacka Dudzica, www.jacekdudzic.com, 07.10.2007)
** tamże